„To do” czyli moje DOCAT

Zatwardziały grzesznik. Potępiony. Moralna powinność katolika. Etyczne-nieetyczne. Słowa, słowa, słowa. Pełno słów w listach. Przypomnień, upomnień, wskazówek. Bla bla bla. Wyłączam się. Zamykam uszy. Nic mi po tym. Wszystko zostało już powiedziane.

Teraz czas na działanie. Moje działanie.

Miłosierdzie, dobre i otwarte serce, uśmiech, pokora.
Mniej gadać, myśleć kreatywnie, a najwięcej to robić.
Bo z działaniem zawsze najtrudniej.

I nie truć głowy narzekaniem.

Zupa na Głównym. Ot choćby placek upiec. Plecak podrzucić i kurtkę. Pomóc bez oceniania, bez dobrych rad.
I iść dalej przeżywać swoje własne życie.

Zeszyt na marzenia

Marzenia.

One są moim i Twoim motorem napędowym.
Marzenia o chlebie, o talerzu ciepłej zupy, o domu, o ciepłym łóżku, o dobrej kawie, o rodzinie, o przyjaźni prawdziwej, o uśmiechu, o zdobyciu Mount Everest, o wędrówce brzegiem morza, o …

Mam swój zeszyt marzeń. Realny. Zapisany długopisem.
Piszę w nim pragnienia, te wielkie, w których spełnienie trudno mi uwierzyć i te mniejsze, po które chcę sięgnąć.
Zeszyt jest po to, abym sięgała. Aby nie odleciały.
Chwytam je w słowa.

Sięganie po marzenia, dążenie do ich realizacji wiąże się z przekraczaniem siebie, swoich ograniczeń, które najczęściej sama sobie nakładam, ewentualnie, choć rzadziej, inni je nakładają.
Spełnianie marzeń to wychodzenie poza moją strefę komfortu.

Zapisuję więc w zeszycie marzenia. I wiem, że to pierwszy krok, ważny. Najważniejszy jednak jest przede mną. Działać, aby je spełnić.

Marzenia pchają mnie do prawdziwego życia. Bo kiedy przekraczam swoje ograniczenia, aby je spełniać, rozwijam się. Tylko poza strefą komfortu jest prawdziwe życie, w którym marzenia mają szansę zostać spełnione.

Krzyk mew

Przemierzamy trasę Władysławowo-Hel rowerami.
Od rana przyświeca nam piękne wrześniowe słońce na lekko zamglonym niebie.
Kolorowe żagle windsurfingowców na tle Zatoki Puckiej sprawiają, że zastygamy w podziwie.
A gdy marudzenie małoletnich robi się uciążliwe i rośnie liczba ludzi na drodze, uśmiechnięta pani z budki z goframi i kawą sprawia, że wraca humor i dystans do codzienności.

Ale przez wszystko przebija się … krzyk mew.
Pełen tęsknoty i czegoś bardzo nieuchwytnego.
Zaczarowuje mnie. Hipnotyzuje.
Podobnie jak piasek przesypujący się przez palce, gdy siedzę na plaży wpatrzona w bezkresną dal morza.

W drodze na Hel

Czerwone dachy Alfamy

Pragnienie zobaczenia Lizbony przyszło do mnie z kolejną płytą Jo.
Nie każdą jestem w stanie słuchać. Już nie. Sombremesa jednak trafiła prosto do serca i tam została. Potem przeszłam ulicami Lizbony widzianej oczyma Marcina Kydryńskiego, aby dotrzeć do swojego spotkania ze stolicą Portugalii.

To podróż wyjątkowa, pełna gwaru miasta i jednocześnie jego ciszy otoczonej praniem rozwieszonym w oknach kamieniczek Alfamy. Niecodzienne spotkanie z pełnym zaułków i światłocieni miastem, zostawiło we mnie pewnego rodzaju tęsknotę. I teraz, kiedy przeglądam ponownie Muzykę moich ulic czy słucham Sombremesy, inaczej wybrzmiewają we mnie słuchane czy czytane słowa. Bogatsze są o obraz, bo „stopy same poniosły mnie” w kręte uliczki Lizbony. Do miejsc, które zostawiły wspomnienie spokoju. Chodząc po Lizbonie, mijając witryny sklepowe poza głównymi ulicami, goszcząc w maleńkich knajpkach, ma się często wrażenie, że czas stanął w miejscu. I tak trwa w nieskończoność. Zachwyca mnie codzienność inna od mojej, w mieście pełnym słońca i kolorów.

odwaga

Mieć odwagę podjąć właściwą decyzję.
Uwielbiam czytać o kobietach, które zmieniają bieg historii, bo mają odwagę działać zgodnie z przekonaniami. To daje mi siłę w mojej codzienności.
Moje życie bowiem, to największe wyzwanie, jakie mnie spotyka. Podejmuję je codziennie. Mniej lub bardziej świadomie. I to, że jestem kobietą nie dyskwalifikuje mnie w żadnej dziedzinie od podejmowania decyzji, od możliwości podejmowania właściwych decyzji.
Nie chcę chować się za plecami Krzyśka, a raczej podążać u jego boku, jeśli chodzi o dom, dzieci, firmę. Póki decyduję, póty jestem wolna.

I jeszcze jak myślę o odwadze podejmowania decyzji to wybrzmiewają we mnie słowa Jana Olszewskiego z jednego z ostatnich wywiadów przed śmiercią, żeby pod koniec życia oglądając się na przebytą drogę i działania móc patrzeć na to bez wstrętu.

mogę

Mówi się dziś o nienawiści, która wprost prowadzi do śmierci. I co mam z tym zrobić? Z tą nienawiścią? Co ja mogę wobec mediów, polityków, koncernów, lobby.
Mogę wstawać codziennie i być dobra. Jak chleb. Pomimo wszystko.
Mogę uczyć tego moje dzieciaki.
Mogę nie szerzyć nienawiści i podziałów.
Mogę uśmiechać się. Być wdzięcznym. Robić swoją robotę dobrze.
I modlić się, aby nigdy nie zwariować. Zachować wiarę, nadzieję i miłość.
Bo z braku tych trzech rodzi się nienawiść.

Niewygoda

Zwykła trasa przez osiedle do domu. I nagle myśl uchwycona w pośpiechu: ubóstwo otaczająca Boże Narodzenie jest niewygodne. Nie ma przepychu, nie ma dobrobytu, nawet nie ma pełnej miski i czysto pościelonego łóżka. Jest bieda. Jest brak. A mimo wszystko rodzi się Bóg. W niewygodzie.

Uwierają mnie ludzie ze swoimi przywarami. Ten robi to, a tamten nie robi tego i jak on tak może. Zrzędzę sobie pod nosem. Wymazałabym gumką te przywary i zastąpiła uśmiechem, wygładziła krzywizny. Byłoby idealnie.

Daję się zarazić obrazami z reklam, w których widzę idealny dom, a w nim idealnie nakryty stół, odświętnych ludzi z make upem na twarzach wręczających sobie idealne i duże prezenty. Nikt nie pokazuje dziecka z zespołem Downa, staruszki w kącie, non stop włączonego telewizora, umierajacego dziadka, depresji, autyzmu, samotności. Bo to niewygodne. Dziewczynka z zapałkami nie jest medialna.

I myślę sobie, że jeśli mnie coś uwiera, jeśli jest mi niewygodne i niekomfortowe, to dobrze. Uśmiecham się do tego. Nie chodzi mi o bycie męczennikiem. Chcę za to nie zgnuśnieć z nadmiaru dobrobytu. Niewygoda i umiar w posiadaniu, to wyzwanie, które sobie rzucam, aby moje serce i wola nie zostały uśpione. Abym nie zmieniła się w zrzędzącą wiedźmę ślepą na ludzi żyjących obok. Abym nadal umiała przyjmować i kochać ludzi ktorych spotykam na swej drodze takimi, jakimi są.

Niewygoda jest błogosławieństwem.

przytulić siebie

Przyjmowanie siebie takim, jakim się jest, to nadzwyczaj cenna umiejętność.
Z emocjami, brakami, niedoskonałościami.
Z odstającymi uszami, piegami, starzejącym się ciałem.
Widząc równie wyraźnie zalety, co wady, niedociągnięcia i sukcesy.

Spoglądać na siebie z pokorą. Z miłością. Czasami z pobłażliwością czy może raczej z dystansem.

Tylko wówczas mogę iść swoją drogą, ceniąc to, co mam, kim jestem.
I przyjmować to, co „dziś” przyniesie, zamieniając go w kolejny niepowtarzalny, choć zwyczajny, dzień swojego życia.