Lizbona

Na początku była Siesta słuchana na popołudniowej zmianie, potem zakochałam się w dźwiękach Sombremesy JO. I tak zasłuchana przeczytałam Muzykę moich ulic.

A wszystko to zaprowadziło mnie i Jaskóła (!) w wąskie uliczki Alfamy, Mourarii, Bairro Alto i rozległe nabrzeże Tagu w Belem. Przemierzyliśmy pół Lizbony w tramwaju linii 28, zjedliśmy rybkę w Tabernie w Trafarii i nabraliśmy wiatru w żagle na Cabo da Roca. Kilka prawdziwych, choć tak bardzo nierealnych, dni w Lizbonie za nami.

Zaskakujący są Lizbończycy. Tacy zwyczajni. Z angielskim na porządku dziennym. Nie spotkałam tam tego pośpiechu jaki często daje się we znaki w większości polskich sklepów czy miejsc publicznych. Większość mijanych sklepików i knajpek wystrojem przypomina epokę, która w Polsce skończyła się 30 lat temu.

Lizbona zachwyca kolorami, uliczkami, różnorodnością. Nie mogłam napatrzyć się na ciemnoskóre dziewczyny w niesamowicie „odjechanych” fryzurach i kolorowych ciuchach. I ta ich muzykalność! W metrze, na ulicy, na placach.

Pięknie było. Wrócimy tam kiedyś, aby posiedzieć na Alfamie, pokluczyć po Mourarri, posłuchać Fado i koniecznie zjeść kolejny raz w Mercado da Ribeira!

 

Autor

Jaskóła

Cóż można powiedzieć o Jaskółce - że czarny sztylet, że ruchliwa, uśmiechnięta i ... żywa.