miłość i czas

Jakiś czas temu przeczytałam artykuł, w którym dwie mamy opowiadały o swoich doświadczeniach i poziomie stresu w życiu z trójką dzieci.

Temat mnie pociąga :), bo nie pojawia się zbyt często, popularny nie jest. A u nas w rodzinie stał się mocno na czasie ostatnio. Czy mamy trójki dzieciaków są rzeczywiście najbardziej zestresowane? Nauka tak mówi. Hmmm. Nie czuję, żebym była „naj” w tym temacie. Wiem, jak było z dwójką. Nie wiem jak jest z czwórką. I wiem, jak jest z trójką w dość znacznym rozstrzale wieku. Jak odmienne są oczekiwania, potrzeby. Nie będę zatem uogólniać.

Po pierwsze: staram się ogarnąć, po prostu – jak najlepiej ogarnąć. Dzieląc mój czas na wszystko, co jest niezbędne.

Bliższe mi jest to, co mówi Gosia. Choć utrzymanie właściwego rytmu dnia wg słów Marysi, również do mnie przemawia. Co więcej – stosuję z nieocenioną pomocą Krzycha. Gosia pisze o tym, że wie gdzie jest, wie gdzie się zaczyna i kończy. Wie jakie ma potrzeby – tylko co z tego, kiedy czasu brak :). Ale tak właśnie jest – coraz dokładniej wiem czego mi potrzeba, a że nie znajduję na to czasu, albo nie pozwalam sobie na realizację tych zachcianek i pragnień – to już inna sprawa. Jeśli natomiast zdarza mi się postawić na siebie, wspierana przez Krzycha (jedna z rzeczy, która mnie w nim zadziwia i jestem mu wdzięczna), to okazuje się, że dzieciom wychodzi moje spełnianie zachcianek i realizacja marzeń na dobre, nie jest niczym złym, nie powoduje trwałego, a nawet nietrwałego urazu i syndromu „braku mamy”. Jest przecież tata, a dzieci stają się bardziej zaradne, odpowiedzialne i ugruntowane w przekonaniu, że tak wiele już potrafią, mogą.

Po drugie: mówienie o swoich potrzebach to podstawa. A realizacja siebie – wbrew pozorom pomaga, samospełnienie powoduje bowiem, że w domu mniej jest moich frustracji, szarpaniny emocjonalnej, złości, a więcej spokoju, cierpliwości i serdeczności.

Co podcina mi skrzydła? Przeczytane czy zasłyszane opinie, wypowiedzi o właściwym dbaniu o dziecko (jedno, góra dwoje), o spełnianiu jego potrzeb, zapewnianiu mu najlepszych warunków rozwoju. Mnóstwo tego, Internet w większości nie pomaga, konfrontacja z innymi rodzicami również. Zdezorientowana jestem i niejednokrotnie błądzę w poczuciu winy. Słuchanie opowieści o tych właściwych najlepszych warunkach rozwoju – wyborze najlepszej szkoły, aby nie pozwolić na to, by system pogrywał sobie z dziećmi, wożenie na te czy tamte zajęcia, zapisywanie na różnorodne kółka. I dzieci cudnie grają na pianinie, tańczą, śpiewają, trenują, rysują i uczą się … mają takie świetne warunki rozwoju. Eliminowanie zagrożeń, tego co może zaszkodzić – selekcjonowanie znajomych, spoglądanie daleko dalej, aby na czas wypatrzeć zagrożenia.

A moje dzieci? Co ja robię dla ich rozwoju? W porównaniu z czasem 5-10 lat temu – niewiele. Mało udzielamy się społecznie, towarzysko. Pojęcie atrakcyjnego spędzania czasu zmieniło się. Mało zajęć poza domem. W domu – dużo wspólnego przebywania. I jaki to ma wpływ na rozwój? Mierząc się z tym, co robią inni …  głupieję. I wpadam nierzadko w odrętwienie, w deprechę. Bo mnie z trudem przychodzi dawać im tyle czasu ile potrzebują, wysiłkiem jest cierpliwe odpowiadanie na pytania i rezygnowanie ze swoich planów, bo taka jest potrzeba chwili. Najlepszym, co dla nich zrobiłam było gospodarzenie w domu przez kilka lat i znalezienie cioci Marty – która zresztą sama spadła nam z nieba 🙂 Poza tym w ofercie jako rodzic mam wspólne wakacje, weekendy, wycieczki rowerowe, oglądanie Pingwinów z Madagaskaru, wspólne zakupy i porządki, przytulanie, czasami rysowanie, układanie, fotografie. Staram się ogarnąć. I jeszcze za wszelką cenę nie realizować swoich ambicji przez dzieci, nie patrzeć na ich problemy, potknięcia przez pryzmat siebie. Znajdować drogę do każdego, choć to trudne, niekiedy bardzo. Rozumieć, że różne sprawy przychodzą im trudniej niż mnie, inaczej. To wymaga uczenia się swojego dziecka, bez ciągłego mówienia i myślenia „Jak byłam w Twoim wieku to …”.

Po trzecie: znam rozwiązania, które pozwolą mi czuć się dobrze jako mama. Nie są skomplikowane. Jedno czego mi brakuje to chęci. Do zagrania w planszówkę, do rysowania, do zabaw słownych. Do robienia tych wszystkich prostych rzeczy bez złości, że nie robię czegoś innego. Bez poczucia, że nie jest to czas stracony.

W głowie brzmią mi raz po raz słowa Dobrochny rzucone w korytarzach Areny przez LuxFestem: „Wiesz ja średnio raz na tydzień resetuję swój mózg” i jeszcze inne słowa Roberta o służbie. Że rodzicielstwo to służba. Wiedzą o czym mówią, wierzę im. Czuję podobnie.

A jeśli służba, to poświęcenie swojego czasu, uwagi, mądrości, bez oczekiwań na zwrot, poświęcenie jako inwestycja w dobre człowieczeństwo naszych dzieci. Nie postrzegałam do tej pory mojego macierzyństwa jako służby. I dotarło do mnie, że może nie wiem, co do końca znaczy służyć. Nie mylić z usługiwać, bo tego właśnie robić nie można. Być dla dzieci, ale też stawiać granice, stosować zasady. Kochać. Ponad wszystko kochać. Bo miłość rekompensuje wszelkie moje potknięcia, nieumiejętne rodzicielskie „kuchy”. A kochać, to dawać czas. Świetnie napisał o tym Zuch

I do rozterek natury „organizacji czasu i dbanie o rozwój dzieci” dochodzi ustawicznie odpychana na plan dalszy potrzeba, chęć samokształcenia, rozwoju, samorealizacji.  I wyrzuty sumienia, że przecież dzieci przede wszystkim, że skoro nie starcza mi czasu na macierzyństwo, to trudno myśleć jeszcze o sobie. No, ale prawda jest też taka, że zawsze będę kobietą-mamą. A wyrzuty sumienia to sprawa stereotypów społecznych, roli w jakie sama często się wtłaczam. Priorytetów, jakie sobie nadaję. Nie miałam wzoru kobiety, która wychodzi poza granice domu i macierzyństwa i walczy również o samą siebie. Uczę się więc tego. Mozolnie. Robiąc jeden krok do przodu i nie rzadko dwa kroki w tył.

Za dużo od siebie wymagam? Nie. To kwestia właściwego ułożenia tych puzzli. Zachowania proporcji między macierzyństwem, pracą i samorozwojem, zadbaniem o siebie. Te trzy światy mają lub mogą mieć części wspólne. O tyle łatwiej. Macierzyństwo jest szkołą życia, trudną szkołą. Aby zdać kolejne egzaminy muszę zapomnieć o sobie jaką znałam i znaleźć zupełnie nowe sposoby na bycie szczęśliwą, muszę nauczyć się przede wszystkim stawiać granice i dać sobie pomóc. To dla mnie – osoby mocno samowystarczalnej – najtrudniejsze.

Miotanie się między światami też jest potrzebne. Powoduje stres, zwątpienie, niechęć. Pojawia się myśl, aby dać sobie spokój. Przestać analizować, zapomnieć o sobie, albo tylko o sobie pamiętać. Żyć z dnia na dzień, poddając się temu co  „los” przyniesie. I wówczas, kiedy siedzę już taka zrezygnowana, pojawia się ktoś lub coś co uderza w stół, tupie nogą i stawia do pionu.

I wniosek, podsumowanie, wynik moich rozmyślań, który przyszedł do mnie po rozmowie z Bernardą: dzieci – każde z nich jest darem, jest talentem, który należy rozwijać i pomnażać. A że łatwe to nie jest. Cóż. Ale to nie jest stresująca myśl. To zaszczyt. Zaszczyt bycia obdarowanym tak różnorodnymi posiadaczami talentów, naszymi dziećmi. I jeśli tak spoglądam, dostrzegam mnóstwo korzyści. I co ciekawe dla samej siebie również. Uczenie się miłości, mądrej miłości do swoich dzieci – miłości potrójnej – zadanie na całe życie, twórcze, inspirujące, trudne. Wyzwanie. Miłość i czas. Tandem gwarantujący spełnienie :).

 

Autor

Jaskóła

Cóż można powiedzieć o Jaskółce - że czarny sztylet, że ruchliwa, uśmiechnięta i ... żywa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.