Ostatnio dużo czasu spędzam w kuchni. Czasami mi się chce, częściej jednak po prostu muszę.
Pomyślałam sobie jednak, że ten kuchenny „musik” wynikający z zapewnienia rodzince wyżywienia 🙂 można sobie oswoić i uprzyjemnić.
Wróciłam zatem do mojego starego sposobu planowania obiadów. I co się okazuje – nie dość, że rodzinka zachwycona mogąc sprawdzić, co też dobrego na stole zagości, to najważniejsze – mnie chce się gotować. Więcej nawet – próbuję nowych rzeczy, łączę smaki, improwizuję niekiedy ;).
I o wiele rzadziej także gromadzą się we mnie niechęć i zmęczenie spowodowane kuchennymi powinnościami. Oczywiście zdarza się, że wymyślę takie danie, że po 3 h w kuchni mam już dość (np. tarta ze szpinakiem i łososiem!) i marzę o byciu singlem ;), ale to rzadkość.
Szarlotka robi się prawie sama, przy okazji innych, głównie obiadowych, dań. Bułeczki czy maślane ciastka to sama przyjemność.
A co najcenniejsze: nie chcę stwarzać problemów tam, gdzie można ich uniknąć. Czasami udaje mi się uśmiechnąć do codzienności stawiając na stole chociażby leniwe czy devolaye. Nie taki znowu diabeł straszny … się okazuje!
Polecam czasem zawezwać pizzę na telefon. Mieć tę odwagę. ;))))
spokojna głowa – mam w sobie na tyle odwagi i nawet numer do kilku pizzerii 😀
Aśka może mi zdradzisz Twój sposób planowania obiadów, bo mi to ciągle nie wychodzi. Pod tym względem kiepski ze mnie organizator kuchenny ;). Potrzebuję jakiegoś dobrego patentu.
Pozdrawiam
na maila 🙂
thnx 🙂